Od kilku dni, regularnie, co wieczór odwiedza mnie duet Braxton-Hicks.
Nic nie pomaga.
Jedynie wanna. Tak jakby moje ciało wyczuło, że już po przeprowadzce, wanna jest i kusi, można zacząć wykręcać różne numery.
Zaczynając od skurczy przepowiadających.
Wczoraj spędziłam zanurzona prawie po samą szyję pierwszą połówę meczu Hiszpania-Chile, wraz z przerwą i sporym kawałkiem drugiej połowy. Gdyby nie to, że po wyjściu moje dłonie przypominają nie pierwszej świeżości rodzynki, to moczyłabym się regularnie, co wieczór, od godziny 18:00 do 23:00.
Mogłabym przyjmować w łazience interesantów.
Znajomi mogliby wpadać do mnie na kawę.
Szef mógłby przychodzić z ważnymi dokumentami, wymagającymi tłumaczenia na przedwczoraj.
Mogłabym być niemobilna, jak ci otyli ludzie z progaramu na TLC, co ważą ponad 300kg i nie opuszczają swoich domów od lat.
Moje życie mogłoby być zorganizowane wokół wanny.
I czytania Bridget Jones zamiast poradnika o mądrym podejściu do niemowląt, który usypia mnie po dwóch stronach.
Szczęście, że za czasów Bridget nie było facebooka. O ile bardziej skomplikowane byłoby jej randkowanie, gdyby musiała dodatkowo przejmować się statusami na fejsie, tym, co jej wybranek lajkuje albo kiedy wreszcie zmieni status związku.
Cieszę się, że w okresie mojego intensywnego randkowania nie było fejsa. Jestem z pokolenia, które chodziło do ośmioklasowej podstawowki. I co lepsze - nie byłam ostatnim rocznikiem!
Jak się z kimś chodziło, to się było razem i tyle.
Nie trzeba było dyskutować tego, czy jesteśmy w związku czy nie.
Nie było żadnych Sheldonowskich relationsheep agreement.
A ze względu na kiepskie możliwości modemu pierwsze pornole widzieliśmy, jak już większośc z nas była po pierwszym razie i mieliśmy świadomość, że to nie do końca jest tak, jak na filmie.
Ooo i jeszcze nie chodziło się wokół telefonu jak wokół jeża, czy już przyszedł sms, czy on napisze, czy prześle buziaka na dobranoc. Bo nie mieliśmy telefonów komórkowych.
Za to koczowało się w domu jak niewolnik, zastanawiając się, czy on zadzwoni, czy nie.
Podsumowując, to tak naprawdę zajebiście się cieszę, że czasy randkowania mam (mam nadzieję, popartą namacalnymi dowodami) już za sobą.
A poza tym, to zjadłabym gofra ze śmietaną i truskawkami.
Nic nie pomaga.
Jedynie wanna. Tak jakby moje ciało wyczuło, że już po przeprowadzce, wanna jest i kusi, można zacząć wykręcać różne numery.
Zaczynając od skurczy przepowiadających.
Wczoraj spędziłam zanurzona prawie po samą szyję pierwszą połówę meczu Hiszpania-Chile, wraz z przerwą i sporym kawałkiem drugiej połowy. Gdyby nie to, że po wyjściu moje dłonie przypominają nie pierwszej świeżości rodzynki, to moczyłabym się regularnie, co wieczór, od godziny 18:00 do 23:00.
Mogłabym przyjmować w łazience interesantów.
Znajomi mogliby wpadać do mnie na kawę.
Szef mógłby przychodzić z ważnymi dokumentami, wymagającymi tłumaczenia na przedwczoraj.
Mogłabym być niemobilna, jak ci otyli ludzie z progaramu na TLC, co ważą ponad 300kg i nie opuszczają swoich domów od lat.
Moje życie mogłoby być zorganizowane wokół wanny.
I czytania Bridget Jones zamiast poradnika o mądrym podejściu do niemowląt, który usypia mnie po dwóch stronach.
Szczęście, że za czasów Bridget nie było facebooka. O ile bardziej skomplikowane byłoby jej randkowanie, gdyby musiała dodatkowo przejmować się statusami na fejsie, tym, co jej wybranek lajkuje albo kiedy wreszcie zmieni status związku.
Cieszę się, że w okresie mojego intensywnego randkowania nie było fejsa. Jestem z pokolenia, które chodziło do ośmioklasowej podstawowki. I co lepsze - nie byłam ostatnim rocznikiem!
Jak się z kimś chodziło, to się było razem i tyle.
Nie trzeba było dyskutować tego, czy jesteśmy w związku czy nie.
Nie było żadnych Sheldonowskich relationsheep agreement.
A ze względu na kiepskie możliwości modemu pierwsze pornole widzieliśmy, jak już większośc z nas była po pierwszym razie i mieliśmy świadomość, że to nie do końca jest tak, jak na filmie.
Ooo i jeszcze nie chodziło się wokół telefonu jak wokół jeża, czy już przyszedł sms, czy on napisze, czy prześle buziaka na dobranoc. Bo nie mieliśmy telefonów komórkowych.
Za to koczowało się w domu jak niewolnik, zastanawiając się, czy on zadzwoni, czy nie.
Podsumowując, to tak naprawdę zajebiście się cieszę, że czasy randkowania mam (mam nadzieję, popartą namacalnymi dowodami) już za sobą.
A poza tym, to zjadłabym gofra ze śmietaną i truskawkami.

